Ostatnia giżyńska 'hrabina' - Mariusz Garbacz

Z przyjemnością zamieszczam pierwszy (i mam nadzieję, że nie ostatni) gościnny wpis na blogu, którego autorem jest Mariusz Garbacz, o którym kilka słów znajdziecie Państwo pod tekstem.


"Ostatnia giżyńska 'hrabina'"

Koniec stycznia 1945 roku. W rezydencji Neumannów w Giżynie rozlega się dźwięk telefonu, do którego służąca prosi dziedziczkę. Sophie Neumann słyszy w słuchawce swego męża nawołującego z przedpoli upadającej pod naporem Armii Czerwonej Piły do ucieczki z rodzinnej posiadłości. Ale zanim Sophie zada jakiekolwiek pytanie linia zostaje zerwana. Zabiera dzieci i najbliższych członków służby i ucieka na Zachód. Do pałacu wraca z mężem i córką w 1975 roku. Wciąż tęskni za Pomorzem i wspomina rezydencję, w której spędziła piękne lata. Jej nadszarpnięte zębem czasu mury stoją póki żyje Sophie. Ta umiera w grudniu 2003 roku dożywając 89 lat, a kilka miesięcy później mury pałacu zwalone zostają w głąb ponad dwustuletnich głębokich piwnic. Nie ma „Pani” i nie ma pałacu. Taką kolej rzeczy jej dzieci uważają za prawidłową choć smutną. W tym momencie już jedynie rodzinne groby i niszczejący kościół wiążą rodzinę ostatnich właścicieli Giżyna z ich dawnym majątkiem. I mimo tego wracają.

Neumannowie po wojnie przyjęli nazwisko Neumann-Giesen, dla podkreślenia swoich związków z polskim już Giżynem (niem. Giesen). Od lat siedemdziesiątych tak często jak się dało wracali oglądać dawną posiadłość. Przyjeżdżała tu Sophie ze swoim mężem Joachimem, a potem ich dzieci, wnuki i prawnuki. Przyjeżdżali tu także ich liczni krewni. Niewielu znalazło odwagę aby wejść do środka i obudzić wspomnienia po barwnym życiu towarzyskim starej pomorskiej szlachty. Po zburzeniu rezydencji latem 2004 roku nieco zapomniano o Giżynie. Ale tęsknota po wsi z dziecięcych wspomnień ożyła w ostatnich latach. Coraz częściej wracają tu dzieci dawnych dziedziców, dziś już około osiemdziesięcioletni staruszkowie, ze Ślizna, Kalisza Pomorskiego, Jasnopola… Wracają także sami Neumann-Giesen’owie. Dwa razy w ostatnich latach był u Hellmuth, rocznik 1938, najstarszy syn ostatnich właścicieli Giżyna. W czerwcu Giżyno odwiedziła jego starsza siostra Barbara Schauwecker, rocznik 1936, która by spędzić kilka chwil nad taflą jeziora giżyńskiego jechała tu z najbliższą rodziną niemal tysiąc kilometrów! Sentymentalną podróż przepełniały wspomnienia z dzieciństwa. Pani Schuawecker wspominała msze w giżyńskim kościele, na które prowadzała ją jej babcia Anna Helena. Jako rodzina dziedziców i patronów kościoła zawsze siadały w specjalnie wyznaczonym miejscu przy bocznym wejściu. Mówiąc o wieży kościoła wspominała o miejscowej aktywistce hitlerowskiej, która po zdobyciu przez Niemców Paryża włamała się do wieży i zabiła w dzwon, co nie było szczególnie mile widziane przez miejscową społeczność chcącą żyć rytmem życia, które dyktowały pory roku, a nie dyktator z Berlina. W giżyńskim parku staruszka wypatrywała dwóch wielkich czerwonych buków, na których zawieszony był niewielki domek do zabaw oraz charakterystycznego kamienia, który pamiętała z dzieciństwa oraz doszukiwała się śladów kortu tenisowego leżącego na skraju parku. Na miejscu pałacu, w którym spędziła pierwsze lata życia opowiadała o licznych gościach, którzy niemal miesiącami potrafili zasiedzieć się w pięknej rezydencji. O tym jak zajeżdżali pod same schody pałacu swoimi dorożkami bądź autami razem ze swymi dziećmi – tych było w giżyńskim pałacu podczas wojny łącznie 14! Opowiadała o przepełnionych luksusowymi dobrami wnętrzach, które zrabowane zostały przez Armię Czerwoną. Nad jezioro udaliśmy się aleją lipową zasadzoną przez jej przodków. Prowadziła ona na prywatną przystań, na której tarasie opalano się w słoneczne dni. Opodal miała w zwyczaju odpoczywać zatrudniona w majątku pani Herzog, która kładąc się na brzegu jeziora przykrywała się jedynie ręcznikiem, co chętnie obserwowali miejscowi chłopcy. Ba! Raz pokusili się nawet o kradzież ręcznika wciąż leżącego na pani Herzog! Na pomoście nad jeziorem opowiadała o leżącym na drugim brzegu jeziora folwarku Luisenthal (tłum. Dolina Luizy). W grudniu 1938 roku pani Schauwecker i jej starsza siostra Christa-Maria trafiły tam na „przechowanie”, kiedy ich matka w bólach rodziła pierwszego syna. Dalej udaliśmy się do pani Patyckiej na pyszną rybę i do pana Gizy w Suchowie, gdzie kupiliśmy kilka słoików miodu. Na koniec odwiedziliśmy Ślizno, w którym mieszkała rodzina Modrow – bliscy krewni Neumannów z Giżyna. Tam pani Schauwecker mówiła między innymi o pięknej bożonarodzeniowej tradycji panującej w ślizieńskim pałacu. Tamtejsza dziedziczka Kaethe Modrow-Julienhof przygotowywała dla gości nad otwartym ogniem w piwnicach pałacowych sękacza z ponad 200 jaj! Dzięki uprzejmości pani Møller-Nielsen przespacerowaliśmy się po pałacowym parku i na tym skończyła się wizyta pani Barbary Schauwecker w naszej gminie. Z wielką nadzieją wysłuchiwała słów pana Maciaka w Giżynie o renowacji miejscowego kościoła, którą chętnie wspomogła. Zażyczyła sobie, o ile pozwoli jej na to zdrowie, przyjechać do Giżyna za kilka lat na poświęcenie wyremontowanej świątyni.


Na zdjęciu Barbara Schuwecker (z domu Neumann-Giesen, rocznik 1936) z rysunkiem przedstawiającym giżyński kościół, który dostała w prezencie podczas wizyty na Pomorzu.


Mariusz Garbacz, rocznik 1990, były mieszkaniec Pomierzyna. Od lat prowadzi facebookowy profil "Pammin - Pomierzyn. Historie zapomniane" opisując dzieje wsi i okolic. Historię gminy Kalisz Pomorski i jej mieszkańców wielokrotnie prezentował wygłaszając prelekcje w Polsce i Niemczech. Współpracował między innymi z Akademią Europejską Külz - Kulice występując wiosną 2012 roku u boku Lisawety von Zitzewitz w pałacu w Kulicach, a także Fundacją DKMS organizując w 2015 roku pierwszą w Kaliszu Pomorskim rejestrację potencjalnych dawców komórek macierzystych. Honorowy krwiodawca odznaczony Odznaką Zasłużonego Dla Zdrowia Narodu. Kolekcjoner pamiątek przeszłości ziemi kaliskiej, a także przewodnik po jej terenie. Wraz z kaliskimi morsami ze stowarzyszenia Lodołamacze współorganizator wydarzeń sportowo-krajoznawczych. Od lat utrzymuje kontakty z dawnymi mieszkańcami doprowadzając dzięki temu do prac porządkowych na cmentarzu rodowym w Jasnopolu oraz wiejskim w Pomierzynie.

Komentarze

  1. Wzruszającą historia. Jak to dzieje ludzkie się przeplatają ale pod koniec wszyscy chcemy by szanować się nawzajem i zostać przyjaciółmi.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty

Popularne artykuły